poniedziałek, 25 stycznia 2021

ULUBIEŃCY 2020 - PIELĘGNACJA

 Hej!

Dzisiaj pora na kolejną porcję ulubieńców 2020 roku - tym razem będą to kosmetyki pielęgnacyjne.

NATURAL SECRETS - KREMOWY BALSAM MYJĄCY , NAGIETEK Z MANDARYNKĄ I ROKITNIKIEM.


Zdecydowanie jeden z lepszych balsamów do demakijaży. Ma gęstą, aksamitną konsystencję , a pod wpływem ciepła dłoni zmienia się w bardzo przyjemny olejek. Idealnie rozpuszcza każdy rodzaj makijażu, nawet ten wodoodporny i zastygający. Moja wersja nie zawiera w składzie emulgatora, gdyż nie służą one mojej suchej cerze, ale i bez niego balsam bardzo dobrze zmywa się z twarzy nawet delikatnym żelem czy pianką. Pozostawia skórę gładką i czystą bez uczucia ściągnięcia. Mycie uprzyjemnia delikatny, cytrusowy zapach mandarynek.



Długo myślałam, że tonik to zbędny element pielęgnacji i w sumie nie widziałam większych efektów jego używania. Do czasu aż użyłam tego produktu. Po jego zastosowaniu skóra jest zdecydowanie lepiej nawilżona i odżywiona. Tonik sprawia, że pozostałe kosmetyki wchłaniają się dużo skuteczniej . Dodatkowym atutem jest atomizer, który rozpyla na skórze delikatną, komfortową mgiełkę. Świetnie sprawdził mi się również w metodzie 7skin - stosuję ją w tych dniach, gdy moja cera wymaga ekstremalnego nawilżenia. 



To serum to zdecydowanie moje odkrycie wszech czasów. Jest ono maksymalnie napakowane składnikami aktywnym o działaniu przeciwzmarszczkowym i odżywczym. Serum ma postać delikatnego mleczka, które szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze nieprzyjemnej, czy lepiącej warstwy. Skóra po jego użyciu jest gładka i miękka. Świetnie sprawdza się jako serum pod krem podczas wieczornej pielęgnacji skóry wymagającej i suchej, ale można je również zastosować jako samodzielny element pielęgnacji porannej. Pozostawia na skórze taki aksamitny filtr dzięki któremu makijaż wygląda zdecydowanie lepiej.



Rok 2020 mogę spokojnie nazwać rokiem poszukiwania idealnego kremu pod oczy. Niestety skończyło się kilkoma drogimi wtopami. Natomiast udało mi się odkryć bardzo fajną maskę pod oczy. Była ona dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdyż ogólnie nie przepadam za maskami peel off. Natomiast algowa maska z lale po rozmieszaniu z hydrolatem, w szczególności chaber-bławatek tej samej marki dawała rewelacyjne efekty. Maska po rozmieszaniu tworzy taki chłodny żelek z zatopionymi płatkami bławatka. Po kilku minutach zastyga i zdejmujemy ją w płatkach. Po zdjęciu skóra jest nawilżona i wygładzona, zmarszczki mimiczne są "wyprasowane", a kolejne produkty dużo lepiej się wchłaniają. Jej minusem są te płatki, gdyż są duże, czasem trudno jest rozłożyć maskę równomiernie przez nie. Wg mnie mogłyby być bardziej rozdrobnione lub po prostu sproszkowane.




Miniony rok to również próby znalezienia fajnego szamponu w kostce i w tej kategorii najbardziej w moje gusta trafiła półkula z Soap Szop. Szampon w tej formie jest bardzo wygodny w używaniu - dużo wygodniejszy niż tradycyjne kwadratowe kostki. Zawiera delikatny detergent SCI przez co nie wysusza włosów, ani nie podrażnia skóry głowy. Jednocześnie bardzo dobrze się pieni, dobrze rozprowadza na skórze głowy i włosach. Po umyciu skóra głowy jest bardzo dobrze oczyszczona, a włosy sypkie i gładkie. Szampon ma intensywny zapach bzu, mi on bardzo odpowiadał ale jeśli nie przepadacie za mocnymi zapachami to może być to dla Was minus.




Drugim produktem polskiej manufaktury Soap Szop jest peeling Yen. Również bardzo mocno pachnie bzem. Produktami złuszczającymi jest tutaj cukier trzcinowy oraz różowa sól himalajska. W połączeniu z naturalnymi olejami tworzy mieszankę, która dobrze złuszcza martwy naskórek - peeling nie jest zbyt mokry przez co cukier nie rozpuszcza się zbyt szybko. Po zmyciu pozostawia na skórze delikatną natłuszczającą warstwę, ale nie jest ona nieprzyjemnie lepka. Dużym plusem jest to, że po jego użyciu nie musimy już dodatkowo stosować balsamu. Trzeba jednak pamiętać, żeby przed użyciem dobrze produkt wymieszać, gdyż faza olejowa lubi opadać na dno, a wówczas faza ścierająca robi się sucha i może wręcz odpadać od skóry.




W minionym roku zaczęłam regularnie używać kremów z wysokim filtrem i to nie tylko w lato, ale w codziennej pielęgnacji. Zdecydowałam się na zakup kremu z Plantea i była to bardzo dobra decyzja. Krem jest bardzo gęsty, treściwy a mimo wszystko dobrze rozprowadza się po skórze. Mimo tego, że zawiera filtry wyłącznie fizyczne (chemiczne u mnie powodują uczulenie słoneczne) bardzo ładnie wchłania się w skórę i nie pozostawia białej powłoki. To m.in dzięki niemu udało mi się zapanować i wyeliminować przebarwienia posłoneczne. Mimo gęstej konsystencji dobrze się u mnie sprawdza jako baza pod makijaż - ale pielęgnację nakładam minimum 30 minut przed wykonaniem makijażu , tak aby jak największa ilość zdążyła się wchłonąć. Najbardziej lubię go używać z podkładami mineralnymi, gdyż daje mi odpowiednią tłustość (moja sucha skóra nie zawsze dogaduje się z sypkimi minerałami).




Bardzo gęsta , kremowa pianka. Delikatnie oczyszczała skórę, ale robiła to bardzo skutecznie. Nadawała się do zmycia olejku czy balsamu do demakijażu. Skóra po jej użyciu była dobrze oczyszczona, ale nie ściągnięta ani nie przesuszona. Bardzo lubiłam ją używać w szczególności przy porannym myciu twarzy. Przez to że była gęsta i nie znikała szybko ze skóry to była bardzo wydajna. 

A Wy, co ciekawego odkryliście w minionym roku? Macie jakieś hity pielegnacyjne?

poniedziałek, 11 stycznia 2021

ULUBIEŃCY 2020 - KOSMETYKI KOLOROWE

 Witam Was serdecznie po długiej przerwie. Nie udzielałam się na blogu już od ponad roku, zastanawiałam się mocno, czy w ogóle kontynuować pisanie tutaj. Czy ktoś jeszcze czyta blogi?  I czy nie skupić się jedynie na IG. Ostatecznie jednak postanowiłam dłuższe posty pisać właśnie tutaj. Planuję je publikować regularnie, raz w tygodniu. 

Początek roku jest przepełniony różnego rodzaju podsumowaniami roku ubiegłego, który przyznacie sami był dosyć dziwny i całkowicie inny niż to, co do tej pory znaliśmy. Przeniesienie biura do domu i praca zdalna spowodowały, że na początku nie miałam kompletnie ochoty się malować. Potem stwierdziłam jednak, że skorzystam z sytuacji że nie muszę robić zachowawczego, biurowego make-upu i mogę trochę poeksperymentować. Dlatego też ku mojemu zaskoczeniu udało mi się zużyć całkiem sporo kosmetyków kolorówych - podsumowanie PAN20IN2020 znajdziecie TUTAJ. W moje ręce trafiło też całkiem sporo kolorowych nowości. Dlatego serdecznie zapraszam Was na TOP of the TOP 2020.


PODKŁAD NATURALNY FELICEA #133 NATURAL BEIGE

Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę , że Felicea wypuściła nowy kolor, który jest dla mnie wręcz idealny. Podkład jest bardzo gęsty, kremowy, dobrze kryje i daje naturalne wykończenie bez efektu maski. Jest bardzo komfortowy przez cały dzień, ale nie zastyga dlatego jeśli oczekujecie kilkugodzinnej trwałości (zwłaszcza pod maseczką ) to warto go utrwalić dobrym pudrem. Ja często noszę go solo, gdyż lubię jego świetliste wykończenie. Jego recenzję znajdziecie również TUTAJ


MIYA MyBBcream SPF30. 

Drugim produktem jest lekki krem BB od MIYA. Jest to lekki krem tonujący, który świetnie sprawdził mi się podczas upalnych dni. Nie obciąża skóry, kryje lekkie zaczerwienienia i ujednolica koloryt. Natomiast nie jest to produkt z takim silnym kryciem jak koreańskie kremy. To raczej coś lekkiego i transparentnego do makijażu w stylu no-makuep. Fajnie , że ma spf30 chociaż ja i tak zawsze nakładam jeszcze filtr 50.


podkład naturalny, podkład, Felicea, krem BB, Miya, MyBBcream


GLAM SHOP, GLAM SPONGE - GĄBKA DO MAKIJAŻU

Nie wyobrażam już sobie aplikować podkładu czymkolwiek innym niż gąbeczką . W ten wygodny sposób nakładam również korektor, kremowy bronzer, róż i rozświetlacz. Robię tak, zwłaszcza latem, gdyż lubię wtedy taki mocno rozświetlony makijaż. Gąbeczka z Glam-shop zdeklasowała całkowicie produkty tego typu. Jest bardzo miękka i mięsista, ładnie aplikuje produkty bez nadmiernego wypijania podkładu. Jednocześnie nie jest nadmiernie porowata przez co makijaż na twarzy prezentuje się bardzo gładko. Mam również wersję ściętą i również jest fajna, ale zdecydowanie wygodniej korzysta mi się z klasycznego jajeczka.

glamshop, bohema, turbo hajlajt, rozświetlacz, gąbeczka do makijażu

GLAM SHOP & MS DONCELLITA , TURBO HAJLAJT - rozświetlacz

Skoro jesteśmy już w tematyce Glam shopu to przyznam, że dopiero w minionym roku zdecydowałam się na jakieś większe zakupy z tej marki. Wcześniej znałam jedynie turbopigmenty, które swoją drogą nadal uwielbiam. Turbo Hajlajt to jak nazwa sama wskazuje rozświetlacz o bardzo mocnym błysku. Daje na skórze przepiękną taflę. Nie przyciemnia skóry ani nie tworzy nieestetycznych smug. Natomiast ma on bardzo specyficzną, jakby mokrą konsystencję dlatego trochę należy nauczyć się z nim pracować i pokombinować z różnego rodzaju pędzlami. Ja używam do jego aplikacji niewielkiego jajeczka. Trzeba jednak wcześniej trochę go "pomasować" aby dobrze wtłoczyć produkt w pędzel. Wtedy wygląda na skórze REWELACYJNIE.

GLAM SHOP & LAMAKEUPEBELLA , BOHEMA - paleta cieni

Trzecim produktem z naszej rodzimej marki jest paleta cieni do makijażu oczu Bohema. Wiem, że nie jestem tutaj oryginalna ponieważ ta paleta pojawia się w ulubieńcach wielu osób. Moje poczatki z nią były bardzo trudne, wręcz jej nie lubiłam. A to ze względu na konsystencję matowych cieni. Są one zdecydowanie mocniej sprasowane niż te w Abstrakcji czy Kwitnącej wiśni. Cień DUOMO jest tak mocno sprasowany i kamienisty, że ledwo przenosi się na pędzel. Można tam kopać i kopać i mało co go się nabierze. Natomiast w ogólnym rozrachunku jeśli pomyślę, którą paletę używałam najczęściej jeśli chciałam wyjśc i zrobić sobie jakiś minimalistyczny, szybki makijaż to była to zdecydowanie Bohema. Nie dziwię się, że wielu osobom się podoba ponieważ się nie pyli, nie obsypuje, a kolorystyka odpowiada większości typów urody. Błyski w tej palecie, zwłaszcza SOHO sa jednymi z moich ulubionych. Jest to idealny cień do szybkiego makijażu. Tak naprawdę wystarczy ten jeden cien na całą powiekę i roztary na krawędziach. Na uwagę zasługuje też cień-gumka czyli ZANTE i piękna bordowa BARCELONA.


Glamshop, lamakeupebella, bohema, paleta cieni



NATASHA DENONA, BRONZE PALETTE - paleta cieni


Jest to mój zakup z Black Friday i powiem Wam, że nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na tę pozycję. Cienie są idealnej dla mnie konsystencji, nie pylą się, nie osypują. Praca z nimi to istna przyjemność, niemalże same blendują się na powiece. Błyski również robią na mnie ogromne wrażenie, pięknie się mienią.  Zauroczył mnie zwłaszcza kolor BLISS - to taki koralowo-różowy duochrom. Mam jednak kilka "ale" do tej propozycji. Paleta jest bardzo ciepła i na pewno nie będzie odpowiadać każdemu typowi urody. Brakuje mi tutaj również jasnego beżu, którym można by było zagruntować powiekę i wyczyścić krawędzie makijażu. Brakuje mi tutaj też jakiegoś jasnego błysku np. do rozjaśnienia wewnętrznego kącika. W związku z tym makijaże, które możemy wykonać tą paletą automatycznie wychodzą dosyć ciemne. Mimo tych zastrzeżeń trafia do tego zestawienia ze względu na jakość tych cieni. Na pewno pomyślę o dokupieniu innej palety ND - zastanawiam się nad Glam.


Natasha Denona Bronze Palette, paleta cieni

NYX, GLITTER PRIMER - baza pod pigmenty i cienie

Skoro jesteśmy w temacie cieni do powiek to teraz pojawi się baza, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Bardzo popularny klej pod brokat od NYX trafił i w moje łapki. I rzeczywiście jest on genialny. Nawet w przypadku tak dobrych cieni jak turboty czy błyskotki od ND jeszcze bardziej uwypukla ich blask, tworzy na powiece gładką taflę i sprawia, że się nie osypują.

baza pod cienie, klej pod pigmenty

GOSH CATCHY EYES, MAYBELLINE LASH SENSATIONAL - tusze do rzęs

Tusze mam dla Was dwa. Maskara Gosha jest moim zdecydowanym ulubieńcem i lubię nie tylko tę wersję różową - podkręcającą, ale także klasyczną (w jasnym opakowaniu). Mascara ładnie rozdziela rzęsy i je pogrubia, wersja podkręcająca rzeczywiście unosi je do góry. Dodatkowo jest trwała, nie kruszy się, nie odbija pod łukiem brwiowym - ale ja zawsze to miejsce zabezpieczam jasnym cieniem. Dodatkowym plusem może być to, że opakowanie jest w 50% wykonane z torebek foliowych wyłowionych z oceanu, także jest to opcja #lesswaste.

Drugą mascarą jest Maybelline Lash sensational , ale w wersji bordowej. I tutaj sama mascara jest ok, ładnie pogrubia rzęsy, ale efekt nie jest jakiś spektakularny. Natomiast bardzo zauroczył mnie ten kolor, który niezwykle podbija zielone tony w mojej tęczówce. Dlatego zazwyczaj najpierw używam Gosha do uzyskania ulubionego efektu, a ostatnią warstwę nakładam Maybelline dla uzyskania bordowego koloru.

mascara, tusz do rzęs, lesswaste

tusz do rzęs, mascara, bordowy tusz do rzęs



PIXIE , NATURALNY KOREKTOR POD OCZY, LIGHT

No to teraz wróćmy do makijażu twarzy, a mianowicie do korektora. W tym roku bardzo polubiłam się z kremowym korektorem od Pixie. Ma on bardzo przyjemną konsystencję, która mimo iż jest treściwa to jednocześnie bardzo lekka pod oczami. Jednak dużym kluczem do sukcesu jest tutaj umiar. Korektor jest bardzo kremowy, lekko upłynnia się pod wpływem ciepła palca i wg mnie tak właśnie najlepiej jest go nakładać na okolice pod oczami. Potem tylko lekko doklepuję go gąbeczką, aby ładnie scalił się z podkładem. Ładnie kryje cienie i zasinienia. Trzeba pamiętać o przypudrowaniu, gdyż jako produkt naturalny nie zastyga i może wchodzić w zmarszczki.

korektor kremowy, korektor pod oczy

EVELINE LIP MAXIMIZER, TOO FACED MELTED MATTE - makijaż ust

Ostatnią, ale zdecydowanie moją ulubioną pozycją jest makijaż ust - chociaż akurat ten rok i noszenie maseczek nie zachęcały do ich malowania. Ogromnym odkryciem tego roku okazały się błyszczyki powiększające usta z Eveline. Lubię zarówno wersję bezbarwną z jadem pszczelim oraz z papryczką chili. One rzeczywiście mocno podrażniają i pompują wargi. Stają się one wówczas takie mięsiste i bardziej uwypuklone, Ale powinny na nie uważać osoby z wrażliwą skórą, gdy to pieczenie jest naprawdę odczuwalne. Jeśli nie lubicie takiej intensywności to polecam wersje kolorową , którą widzicie na zdjęciu - ja mam odcień BORA BORA. Również zawierają w składzie papryczkę chili ale w mniejszym stężeniu przez co efekt uwypuklenia jest mniejszy, ale są one bardziej komfortowe. Ponadto mają piękne kolory i blask.

A teraz pomadka matowa, czyli zestaw matowych pomadek z Too Faced. Naprawdę jestem mile zaskoczona ich jakością. Pomadki są dobrze napigmentowane. Wystarczy jedna, cienka warstwa aby pokryć usta pięknym kolorem. Szybko zasychają na kompletny mat i są bardzo trwałe, a przy tym nie przesuszają ust. U mnie świetnie sprawdziły się nawet noszone pod maseczką. Miałam również pomalowane tą pomadką usta na Wigilię i przetrwała ten świąteczny posiłek w tym pierogi z kapustą oraz śledzika w oleju. Mój ulubiony kolor to Hot Toddy (zdj.). Każda z pomadek ma również inny, świąteczny zapach.

matowa pomadka, płynna pomadka, błyszczyk powiększający
pomadki matowe, pomadki płynne, zestaw świąteczny

I to już wszyscy ulubieńcy minionego roku. Jestem ciekawa, czy znacie te kosmetyki?
I oczywiście koniecznie napiszcie mi jacy byli Wasi ulubieńcy 2020 roku.